Clovis LaFay i Magiczne Akta Scotland Yardu


Zarzekałem się, że długo nie sięgnę po rodzimych autorów po ostatnim, kolejnym z rzędu rozczarowaniu jakim był ,,Adept", o którym możecie poczytać w tym poście - Ruscy i Demony . Ów deklaracja nie trwała jednak długo, gdyż dałem się skusić na debiut Anny Lange - ,,Clovis LaFay i Magiczne Akta Scotland Yardu". Jaki był tego efekt i czy znów powrócę do swojego postanowienia? 



Książka opowiada o perypetiach młodego nekromanty, tytułowego Clovisa LaFay, któremu ciąży złe imię nieakceptującej go rodziny oraz życiu pary rodzeństwa - Alicji, początkującej adeptce magii leczenia i Johna, będącego nadinspektorem w nowo otwartym wydziale detektywistycznym londyńskiej policji. 
Gdy Clovis wraca z Europy na wyspy w spokojnym życiu rodziny Dobsonów zaczynają dziać się rzeczy nie mające do tej pory miejsca, a ich rytm narzuca na rodzeństwo płaszcz niepokoju. 

Trudno mi jest powiedzieć cokolwiek więcej o fabule, gdyż z wszystkich wątków wrzuconych w stronice powieści nie da się wyłonić czegoś mogącego być jej kręgosłupem. Już na samym początku dostajemy w twarz wiadrem pełnym imion i nazwisk, uniemożliwiającym nam szybkie wbicie się w prezentowane wydarzenia. Często myliłem przez to postacie, nie wiedziałem kto jest kim i co go łączy z naszymi bohaterami w wydarzeniach, których mnogość także była przytłaczająca. Problem w tym, że o ile wielowątkowość jest dobra, to traci ona na wyrazie, gdy pozbawia się ją wspomnianego wcześniej kręgosłupa. Nie da się dobrze poprowadzić fabuły, gdy czytelnik nie zna wątku głównego przez ponad połowę książki, gdyż dopiero tam pojawia się coś wyglądającego jak serce powieści. 
Za sprawą tych wszystkich rzeczy czytanie ,,Clovisa LaFay [...]" było dla mnie męczące, monotonne, nudne. Musiałem się przymuszać do lektury, której finalnie i tak nie skończyłem, gdyż uznałem, że skoro zostało mi tylko dziewięćdziesiąt stron do końca, a do tej pory nie wydarzyło się nic co mogłoby walczyć o miano ciekawej rzeczy, to nie ma sensu marnować cennego czasu na jeszcze dłuższe czytanie na siłę. 

Jest parę rzeczy, obok których nie mogę przejść obojętnie, jeśli chcę być z wami szczery. Książka Anny Lange jest promowana jako powieść fantasy, ale jeśli mamy na tej samej półce ustawić Tolkiena / Martina, to będzie tam pasować jak wół do karety. Clovisowi znacznie bliżej do historii młodzieżowej z elementami fantasy, gdyż wątki poświęcone magii występującej w przedstawionym świecie są bardzo powierzchowne. Nie dostajemy żadnego wytłumaczenia jak ów magia działa, skąd dokładniej pochodzi, jak jest uwarunkowana. Od początku wiemy tylko, że opiera się na kreśleniu glyphów, ale nie jest powiedziane, jak ten proces wygląda. Dostajemy tylko zwrot ,,Nakreśliła glyph" i wspominkę o tym, że żaden mag nie może przeholować z liczbą rzucanych czarów, gdyż wyczerpie mu się coś na wzór many. Ponadto co jakiś czas usłyszymy o duchu albo ghulu i to wszystko, niczego więcej z fantastyki nie doświadczymy. Nie czepiałbym się tak, gdyby zaprezentowany nam materiał był chociaż trochę bardziej zgłębiony, wytłumaczony, opisany w sposób ,,mięsisty". 
Dostajemy za to coś, czemu poświęcone jest bardzo dużo miejsca, czyli wątek trójkąta miłosnego, którego zakończenie znamy już po paru pierwszych rozdziałach, tak bardzo jest przewidywalny. 
Dlatego właśnie nie nazwę tej książki fantastyką i wrzucę ją do wspomnianego wcześniej worka młodzieżówek z wątkami fantasy. 
Robię to, gdyż wiem jak wielce można się rozczarować, chcąc przeczytać dany gatunek, a dostając tylko jego śladowe ilości przytłoczone czym innym. 

Kolejnym ziarnkiem irytacji będzie opisywanie istotnych wydarzeń w sposób najpłytszy z możliwych, wyprany z emocji. Nasz bohater ma otoczyć tarczą więzienie, by uchronić je przed bombardowaniem i zamiast dostać opis tego arcytrudnego zadania, rzuca się nam w twarz zwrotem ,,Udało się". Przykład: 

- Gabrielu, nie możesz tak po prostu zabić smoka, to wyjątkowo trudne. 
Gabriel podbiegł do smoka. Udało mu się. 

Właśnie przez takie prowadzenie wydarzeń zanudziłem się na śmierć.

Wspomnę także o omylnym tytule ,,[...] Scotland Yardu". Jedynym powiązaniem bohaterów z tym legendarnym więzieniem jest to, że John pracuje jako nadinspektor i wypełnia druczki. To, że w książce występują przestępstwa, nie oznacza od razu, że powinno się robić takie machloje w tytule. Weźmy sobie parę przykładów: 

,,Gra o Tron" - Bohaterowie walczą o władzę

,,Ania z Zielonego Wzgórza" - Zielone wzgórze to miejsce akcji

,,Harry Potter i Komnata Tajemnic" - Harry zmierza do odkrycia Komnaty i jej tajemnicy 

,,Clovis LaFay i Magiczne Akta Scotland Yardu" - Bohaterowie wypełniają druczki i sporadycznie kogoś przesłuchają. 

Tak się nie robi, to nieuczciwe. 

Anna Lange to debiutantka, więc mimo wszystko mogę jej to wybaczyć, bowiem powieść pod względem technicznym jest w porządku. Język użyty na stronicach mogę określić jako ,,bezpieczny i trzymający poziom". Nie jest zły ani wybitny, plasuje się gdzieś po środku, co dobrze wróży nowej autorce, która musi jednak popracować nad tempem i rozbudową akcji, gdyż nikt nie lubi się nudzić przy lekturze, a jeszcze gorzej jest, gdy prowadzi ją na siłę. 

______________________

Bookstagram - @velealeander
Facebook - Literuwka



12 komentarzy:

  1. O rany, zobaczyłam okładkę i myślałam, że o może coś fajnego. Przeczytałam recenzję i moja myśl ewoluowała do "za żadne skarby" :P Ja wiem, że można autorce wybaczyć, bo jest debiutantką, ale... no ale bez przesady, ja chyba z wybaczeniem będę miała problem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wybaczyłem w sposób ,,Nie będę nienawidził, ale po kolejny tom nie sięgnę". Są autorzy, którym nie wybaczam na wzór ,,Nienawidzę Cię, co Ty mi zrobiłeś, potworze" ;') Ci to dopiero mnie poranili.

      Usuń
  2. Jakoś nigdy nie zwracałam na tą książkę większej uwagi, po Twojej recenzji widzę, że raczej słusznie ;P

    Zabookowany świat Pauli

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zwróciłem uwagę za sprawą okładki i wiktoriańskiej Anglii. Niestety znów dałem się przez to złapać w pułapkę :/

      Usuń
  3. Książka była "całkiem w porządku", jednak jeśli byłaby druga część, głęboko zastanowiłabym się czy po nią sięgnąć :)
    Justyna z livingbooksx.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie było tragedii, owszem. Gdyby tylko nie to, że tak się w pewnych momentach nudziłem, eghh... Głównie przez to następne części przejdą obok mnie raczej bez wyrazu.

      Usuń
  4. Od jakiegoś czasu przymierzałam się do kupna tej książki, jednak po Twojej opinii cieszę się, że nie zdążyłam tego zrobić. Przyszłoby mi spędzić czas z kiepską powieścią, co nie jest najlepszą myślą.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. mam w planach przeczytać, bardzo mnie intryguje ta książka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórym się ta książka podoba, więc zawsze jest nadzieja. ;) Ogólnie to kolejny tytuł dzielący czytelników.

      Usuń
  6. Ja książkę oceniłam bardziej pozytywnie, nie była wybitna, ale przyjemnie mi się ją czytało, kiedy już zaczęłam orientować się w tych wszystkich nazwiskach. Pierwsza połowa rzeczywiście była dość zagmatwana, ale pod koniec akcja zaczęła się już rozkręcać. Książkę czytałam już jakiś czas temu, ale o ile pamiętam, to to istotne wydarzenie zamknęło się właśnie w tych dziewięćdziesięciu stronach, więc może jakbyś doczytał do końca, to trochę by to podratowało lekturę w Twoich oczach :) Zgadzam się z tym, że tempo akcji nie było zbyt dobrze rozplanowane, ale zrzucam to na karb błędów debiutanckich i z chęcią przeczytam kolejny tom, żeby przekonać się jak poprawiło się pióra autorki. Powieścią fantasy też bym "Clovisa..." nie określiła, raczej tak jak mówisz, powieść z elementami fantasy, ale na ten fakt promocji nie zwróciłam aż takiej uwagi. Ja przede wszystkim polubiłam tę książkę za klimat i bohaterów - to chyba dwie największe zalety :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym roku postawiłem na nieco rygorystyczne ,,zasady". Jedną z nich jest to, że książka nie może sprawiać mi wrażenia doczytania jej do końca mimo woli, bo przecież to ma być przyjemność. Tak jak powiedziałem na końcu - można wybaczyć to debiutantce i przyznać plus za lekkie pióro. Może kiedyś doczytam resztę, gdy pozbędę się wspomnianego wcześniej uczucia czytania na siłę i chwycę za drugi tom, który jednak wypożyczę z biblioteki. Klimat nie był zły, racja, ale według mnie brakowało mu dośrubowania, ginął gdzieś w mieszaninie tych wszystkich wydarzeń i wątków. Gdyby tylko nie to tempo... Wtedy reszta niedociągnięć może nie rzuciłaby się tak w oczy, gdyż nie mielibyśmy czasu na dopatrywanie się ich. Myślę, że Anna Lange ma szansę mimo wszystko, bo czytałem książki ,,starszych" autorów, których błędy były wręcz podręcznikowe jeśli chodzi o pisanie i logikę. Tu ich za to nie doświadczyłem, więc Pani Lange należy się jakieś ,,uznanie". Pozdrawiam ;)

      Usuń